W niedzielę (12 października) wykonawca remontu linii do Białegostoku postawił na swoim. Szlak między Łochowem, a Tłuszczem został całkowicie zamknięty. Trzeba przyznać, że TORPOLOwi wsparcia udzieliła cała "elita" panujących na kolei. Począwszy od wielkiej uciekinierki Elżbiety Bieńkowskiej, przez członka zarządu PLK odpowiedzialnego za modernizacje Wojciecha Folejewskiego, skończywszy na marszałkach Podlasia i Mazowsza, Dworzańskim i Struziku.
Wszystko to ze strachu i głupoty jednocześnie. Ze strachu, bo miłościwie nam panujący przerazili się, że przepadnie dotacja z UE. Z głupoty dlatego, że zamawiający - PLK - zdecydowały się na przeprowadzenie inwestycji w najgorszy z możliwych sposobów (zaprojektuj i buduj). Nadzór nad wykonywanymi pracami był fatalny.
No ale stało się. Linię zamknięto. Przyszła kolej na autobusy, kolejowe oczywiście. Czeka nas rok potężnych utrudnień, ponieważ komunikację zastępczą zorganizowano równie profesjonalnie jak remont. Ale czego można się było spodziewać po ministrze infrastruktury, który odpowiada za organizację kolejowych przewozów międzywojewódzkich (pociągi TLK), a także za przejezdność lub jej brak - linii kolejowych zarządzanych przez PLK.